księga gości


2009
październik
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
styczeń
2007
grudzień
wrzesień



1000100111110100011000101

network


dzieki patryk
dzieki patryk
2009-10-11 22:44:03 skomentuj (0)
no cześć
Przyjaciołom się nie odmawia.
Nie odmawia się świętowania. Nie odmawia się spotkań.
Ale, że ci przyjaciele mają też swoich znajomych, to ci znajomi oczywiście im też nie mogą odmówić.
A więc zjawiam się na przyjęciu.

I muszę powiedzieć, jakże dziwnym uczuciem jest, znaleźć się w pomieszczeniu, gdzie garstka dziewczyn, zna cię bliżej niż zazwyczaj znają cię znajome twoich przyjaciół.
Niezręczność tego spotkania ujawnia się tym, że spałeś już z kilkoma z tych intrygujących kobiet, a resztą też byś nie pogardził. Niestety, nie możesz konwersacji ani gestów podnieść ponad poziom znajomości neutralnej, gdyż zostało by to od razu zauważone przez resztę byłych kochanek. Zniszczyłoby to by bardzo szybko wrażenie "wyjątkowości", jakie im wbiłeś do samooceny. Wyjątkowo - tak się czują, mówiąc im słowa typu 'jak tylko cię zobaczyłem, pragnąłem tylko ciebie, nie widziałem w tamtej chwili świata poza tobą, czas dla mnie stanął w miejscu, rzeczywistość się urwała...', i takie tam inne kłamstwa, które się nauczyłeś bacznie obserwując reakcje i interakcje międzyludzkie.

Wszystko co możesz powiedzieć, to słowa typu "no cześć, dawno się nie widzieliśmy, co tam u ciebie słychać", co jest strasznie głupie, zważając na fakt, że wniosek, który wyniesie z tego ona, brzmi najprawdopodbniej tak: "spędziliśmy parę nocy jakiś czas temu, a teraz udajesz, że nic między nami nie było, że prawie się nie znamy? ładnie, ładnie..."
Niemożliwością, jest ominąć takiej bezowocnej rozmowy przy reszcie, gdyż gdy tylko jedna z innych usłyszy, albo cokolwiek zauważy, że kontakt nie ogranicza się do rozmowy na gruncie neutralnym, ale niesie ze sobą przesłanie dwuznaczne czy bezpośrednio podrywczo-seksualne, od razu pomyśli "aha, już kolejną sobie wybrał, a mi tylko powiedział >>cześć, co tam<< ..."

Ale taka sytuacja ma swój dualizm.
Z jednej strony, wiesz, i one też pewnie o tym wiedzą, czują, że je wykorzystałeś dla własnych przyjemności. Sumienie i rozum mówią im, żeby dały sobie spokój i całkiem zerwały kontakt z takim niegodnym zaufania człowiekiem jak ty.
Z drugiej natomiast strony, gdy znajdziesz chwilę, aby niespostrzeżenie dla reszty spojrzeć jednej czy drugiej w oczy, widzisz w nich, że mimo, iż  ją dosłownie wykorzystałeś - nie żałują niczego, wręcz rzuciłiby się przed tobą na kolana, rzuciłyby się na ciebie, gdybyś tylko został z nią sam na sam. Zło przyciąga.

A co najbardziej pochlebia - to usłyszeć na ucho "miło cię widzieć, wpadnij kiedyś znów do mnie, a powspominamy stare czasy" i widzieć TEN uśmiech na jej twarzy.


2009-02-21 15:53:56 skomentuj (11)
cofnij się no do tyłu i spójrz na to wszystko jeszcze raz
Przyjemnie, a w szczególności wygodnie jest żyć z dnia na dzień, nie bacząc na to co się działo w przeszłości. Komfort w tym, że dzięki takiej postawie, błędy popełnione wcześniej mają pewien wpływ na teraźniejszość, ALE można te błędy z łatwością zignorować pod kątem moralności (lub czegoś podobnego) i stłumić sumienie, czy wręcz je filtrować.
Jednak czasem, takie spojrzenie za ramię niekoniecznie ma negatywny wpływ - jeśli się pogodzisz z tym co się stało.
Czasem na obraz trzeba spojrzeć z większej odległości, żeby pojąć całe jego przesłanie.
Czasem na przeszłość trzeba spojrzeć z większej odległości, biorąc pod uwagę większy przedział czasu. Niektóre procesy zmian, trwają dłużej, a rezultat i odpowiednie wnioski dostrzec można dopiero widząc całą dolinę zdarzeń ze wzgórza konsekwencji (teroretycznie) mało powiązanych ("teoretycznie", gdyż uważam, że każdy czyn, nasz czy innych osób, ma nieodwracalny wpływ na rzeczywistość, choć mamy wrażenie pełni władzy na swoim losem - prawda taka, że nasza władza nad naszym życiem ogranicza się do małej cząstki naszego losu, spowodowane naszymi działaniami - a poza nami, istnieje multum czynników mających wpływ na nas, naszą rzeczywistość, świat nas otaczający. W konkluzji wszystko jest ze sobą powiązane. Nasze działania oddziałują nie tylko na nas, ale na przyszłość całego świata. Nasze działania mają wpływ na szczegół, jak i ogół. Mają zarówno mały, jak i duży wpływ, Coś jak efekt "Efekt motyla" [teoria, nie film].)

A więc będąc na Wzgórzu Chwili Obecnej, zatrzymałem się na moment, odwróciłem się, i spojrzałem w dół, na Dolinę Przeszłości. Widziałem drogę którą szedłem, i mimo, że dróg było wiele, to dostrzec potrafię tylko swoją. Przebieg innych, zasłoniętych mgłą "Co By Było, Gdyby...", mogę jedynie odgadywać.
Będąc w tym punkcie, gdzie jestem teraz, czuję coś w stylu zadowolenia, z tego co zrobiłem.
Obudziłem w sobie nową wrażliwość, otworzyłem się na nowe doznania. Wybrałem tę drogę, bo sam tego chciałem. I nie czuję teraz żalu, choć miejscami, wcześniej, na niższych wzniesieniach, uważałem, że popełniłem błędy. Masywne błędy.
Teraz, znając już wyższe wzniesienia, te masywne błędy widzę jako decyzje konieczne i ostatecznie dobre, a więc jednak nie błędy.
Nie zmieniłbym kierunku, jeśli mógłbym się cofnąć. Nie wybrałbym innej drogi. Nie chcę się cofać.

Wdrapałem się na wzgórze, na którym rosną piękne róże. Na innych rosną inne kwiaty. Na niektórych wzgórzach rośnie po kilka gatunków. Na paru nie rośnie nic.
Teraz, stojąc tutaj, zastanawiam się, czy dalej iść wśród róż, które są przecież takie niesamowite. Jak na razie - tak, chciałbym dalej tędy iść.

Ruszam ku kolejnym wzgórzom.

Fortis Fortuna Adiuvat!


2009-02-21 15:04:28 skomentuj (3)
porównanie
Logika - 2 godziny czytania przykładów rozwiązywania dzień wcześniej i 1 godzina powtarzania przed egzaminem + wyspanie się = niezdany egzamin

Językoznawstwo - 2 godziny czytania pożyczonych notatek dzień wcześniej + urodziny współlokatora (wódka, piwo, whisky, gin) + wyjście na miasto (Alcatraz i Go-Go Club) + powrót do domu o 5 rano + pobudka o 8 = kac, bóle brzucha i ZDANY egzamin

What The Fuck ?
2009-02-16 18:30:21 skomentuj (1)
i kolejny raz
Dziś miałem decydujący egzamin z koreańskiego. Być albo nie być.
Od tego testu, zależała moja przyszłość - czy będę dalej miał przywilej studiowania, czy jednak mnie wywalą i będę musiał szukać pracy?

Miałem dwa tygodnie na przygotowania, ale oczywiście znając mnie, pouczyłem się dopiero dzień wcześniej. Siedziałem do 3 w nocy powtarzając jakieś bezsensowne rzeczy i szukając słów których a nuż jeszcze nie umiem.
Ze stresu, jak zwykle, rozbolał mnie brzuch.
Ale najgorsze, to są myśli, jakie same się nasuwają, i nie pozwalają zasnąć już tydzień wcześniej.
Mimo, że wszyscy wokół powtarzali 'spoko, zdasz' i 'dasz rade, usiądź tylko trochę przy tym", to jednak brakowało mi pewnej determinacji. Wciąż myślałem o tym, "co się stanie jak obleję?"

Praca? Pewnie bym czegoś musiał poszukać.
Do Ostrowa nie chciałbym, ale także nie mógłbym wrócić, bo się umawialiśmy ze współlokatorami, że zostajemy aż do sesji letniej, żeby koszty życia pozostały mniej więcej takie same dla każdego. Rezygnacja jednej osoby oznaczałoby wzrost kosztów o jakieś 20%.
Więc poszukałbym pracy, po jakimś czasie oczywiście, bo musiałbym najpierw przetrawić upokorzenie jakim byłoby wywalenie ze studiów. Najchętniej harowałbym, wykorzystując moje znajomości językowe. Ale posada barmana też by mi wystarczyła.
W październiku spróbowałbym jeszcze raz dostać się na studia. Nie byłem pewien, czy pownownie byłaby to koreanistyka, czy może jednak wybrałbym etnolingwistykę, gdzie jako jeden z wielu języków do wyboru, jest japoński, którego przecież z takim zapałem chciałem się uczyć, co mi jednak nie bylo dane, ponieważ na japonistykę wymagana jest matura rozszerzona z polskiego, której ja nie pisałem.
Przez okres wakacyjny pewnie pracowałbym nieustannie (taaah), próbując zapomnieć o swej porażce.
Załamanie, brak zaufania we własne siły, pesymizm absolutny.

Na szczęście jednak, stało się inaczej.
Zdałem.
Mogę żyć jak dotychczas.
Choć w najbliższym czasie czekają mnie już kolejne egzaminy.
Urok sesji ciągłej.
Hurra.

2009-02-05 15:20:53 skomentuj (0)
yeah, right
Tak naprawdę nie wiem czego chcę.
Szczęścia, pieniędzy, sławy, przyjemności, spokoju, adoracji.
Nie mam pojęcia co dokładnie.
Z każdym dniem chcę coś innego.

Szczęście to chyba mam, tak mi się co najmniej wydaje.
Nie wierzę w żadną istotę nadprzyrodzoną, ale czasem mam wrażenie, że Fortuna jest mi przychylna. I dobrze znam przysłowie "Fortuna sprzyja odważnym". Dlatego często staram się nie być tchórzliwym, choć w ludzkiej naturze, więc także mojej, leży lęk. Nie potrafię wyliczyć ilość sytuacji, w których niezmiernie się bałem. Przechodziłem przez różne fazy lęku i stwierdzam, że najgorszy jest lęk typu 'o cholera, co będzie ze mną dalej, co z moją przyszłością, co z moim życiem?". Tysiące myśli wtedy przelatuje przez głowę, jedna gorsza od drugiej. Ale jak na razie dziękuję Fortunie, że jakoś zawsze potrafiłem sobie poradzić.

Pieniądzy mam hm, wystarczająco, ale oczywiście marzę często o wyższym standardzie życia. Z odpowiednią ilością pieniędzy znika duża ilość zmartwień, i choć pojawiają się nowe, to jednak wydaje się, że ludzie zamożni żyją... szczęśliwiej.
Chcę mieć ładne mieszkanie, szybki samochód i dobre ciuchy. I trochę drobnych na codzienny lunch w nietuzinkowej restauracji.
Może jeszcze nadejdzie czas, w którym to się spełni. Mogę jedynie mieć nadzieję.

Sława... ach, tak... któż nie lubi być w centrum uwagi...

Przyjemności chcę. Nieziemskich. Wszelakich. Tu potrzebne mi pieniądze... chociaż? może nie?

Spokoju.. tego się w życiu nie zaznaje.

Adoracji... o tak, to uwielbiam... i z tym mam problem. Wiadomo.

I czego jeszcze chcę? WENY.

Bo tak jakoś mi uciekła, kurwa jedna...
2009-01-26 23:22:56 skomentuj (2)
sen 05/06.12.2008
Miałem tej nocy sen.

Zaczął się przyjemnie.
Wróciłem wieczorem z Różą do domu. Weszliśmy do salonu. Róża usiadła obok mojej matki, na kanapie, a ja stanąłem przy zdjęciach mojego Ojca. I On tam był. Przytulałem Go, choć jak widziałem samego siebie z perspektywy Róży i mojej matki, to tak naprawdę obejmowałem samego siebie, przede mną było tylko powietrze.
Ale ja z Nim rozmawiałem. Mówiłem mu jak bardzo zawsze chciałem, żeby był ze mnie dumny. Rozmawiałem z nim na temat Marty, i On mi powiedział "Podjąłeś dziwną decyzję, ale czasem jednak tak trzeba". Śmialiśmy się z tego. Czułem się naprawdę świetnie, że znów mogłem Go zobaczyć.
Przytuliłem się jeszcze raz i wtedy zniknął. Obejmowałem samego siebie, przede mną było tylko powietrze.

I wtedy wszystko się ściemniło.
Leżałem w łóżku, na plecach, a wokół nie było nic, tylko ciemność. I czułem, że ktoś nadchodzi. W pierwszej chwili myślałem, że to Ojciec chce mi powiedzieć dobranoc i, jak to zwykle robił, opieprzyć, żebym znów nie spał tak długo, heh.
Ale wtedy zrozumiałem, że to coś innego jest, i powiedziałem "To nie jesteś Ty...". Nadchodziło coś strasznego. Nie widziałem tego dokładnie, w panującej wokół ciemności, ale czułem, że tam jest. Gdy podeszło bliżej, wyglądało jak wielki cień, bez twarzy, za to z wielkimi dłońmi, i cień ten zanikał od brzucha w dół.
I nagle widziałem siebie, z perspektywy tego czegoś, a wszystko było w kolorach sepii, choć zazwyczaj śnię kolorowo. To coś zbliżało się. Bałem się jak cholera, ale nie potrafiłem się ruszyć. I wtedy to coś złapało mnie swoimi wielkimi dłońmi za plecy, chciało mnie podnieść. Dotyk był strasznie gorący, parzyło mnie, miałem uczucie jakby moja skóra się paliła, pod dotykiem tego czegoś.
Chciałem krzyknąć, żeby się wyrwać z tego snu, ale jedyne co ptorafiłem z siebie wydusić, to ciche westchnienie.
Gdy się obudziłem, włączyłem światło, i wciąż widziałem twarz. Wydawało mi się, że była to śpiąca Róża, choć dokładnie nie jestem w stanie tego określić.

Pierwszy raz w życiu bałem się tak bardzo. Ale to nie był zwykły lęk, ja się bałem o swoje życie. We śnie. I pierwszy raz musiałem starać się o krzyk, zeby się obudzić.
Przez ponad godzinę nie mogłem później zasnąc, bałem się, że to coś znów powróci.

Ech, a ja przecież nawet nie biorę narkotyków...
2008-12-06 14:28:35 skomentuj (4)